wtorek, 15 maja 2012
Zanik
Otóż: - dziecko nadal przesypia całe noce (hurra hurra hurra!); - dziecko przytula się podczas zasypiania, ale nie prosi o pierś; - mama nadal jest pożądana, nie odrzucił mnie i mojej miłości, nie obraził się itp. - z rozmiaru E overnight przeszłam do rozmiaru C... - nie tyję, nie mam wahania nastrojów, nie cierpię z powodu odstawienia; - ból piersi trwał ok. tygodnia, najgorsze pierwsze 2-3 dni, potem coraz lepiej; - UDAŁO SIĘ!
czwartek, 03 maja 2012
Nie taki diabeł straszny...
Druga noc pod odstawieniu była lepsza, Wituś obudził się tylko raz, ok. 3, napił się wody ze szklanki, trochę popłakał, ale nie chciał piersi, chciał się tylko mocno przytulić. Nie doceniałam mojego dziecka- okazało się, że jest na tyle duży, że zrozumiał, że już nie będzie piersi, nie domaga się jej, nie łapie za nią, nie płacze czy pokasłuje.
Trzecia noc przejdzie do historii- po 21,5 miesiącach po tej stronie brzucha Wituś przespał całą noc. Całą. Zwykle mieliśmy 2 pobudki, czasem i 5, a tu nagle 0. Szok. Czwarta noc- znów się nie obudził do rana. Piąta- spał do 9:40! Trzy przespane noce pod rząd! Dzisiaj nawet zaryzykowałam stwierdzenie "jestem wyspana!" Oczywiście wiem, że nic nie trwa wiecznie, ale takie trzy przespane noce po prawie dwóch latach przerwy są powodem do radości, czyż nie?
Niezwykłą tę majówkę (bo mamy codziennie ok. 30 stopni na dworze) spędzamy na działce moich rodziców lub w parku na Zdrowiu. Witek nauczył się wchodzić na stopnie zjeżdżalni i nawet zapamiętuje, żeby usiąść i nie przechylać się do tyłu podczas zjazdu. Na działce siedzą z kuzynem albo w piaskownicy, albo w baseniku, nie mają czasu na drzemkę, obaj padają w drodze do domu.
Odnotowania wymaga także fakt, że z pokoju nie dobiega żaden hałas, co oznacza, że mąż uśpił dziecię.
Ale mi dobrze!:)
niedziela, 29 kwietnia 2012
Odwyk
Kiedy Wituś jest zmęczony, bierze mnie za rękę i prowadzi do łóżka. Kładziemy się razem, Wituś pije, przytula się i zasypia. Czasem 20 minut, czasem 40, a czasem dłużej. Wczoraj leżeliśmy 3 godziny, ja nie mogłam się ruszyć, musiałam leżeć wykrzywiona, a on traktował moją pierś jako smoczek. I właśnie wtedy powiedziałam sobie: dosyć. Mam tydzień wolnego od pracy, Wituś ma prawie 22 miesiące, za chwilę wakacje... Wczoraj wieczorem już nie dostał piersi. Założyłam stanik i ciasną koszulkę i na każdy protest mówiłam spokojnie, że już nie będzie pił mleka, że jestem obok niego i może zasypiać. Poszło nawet sprawnie, ale był też bardzo zmęczony. Obudził się ok. 3 w nocy, dałam mu wody, i tak sobie przysypialiśmy i wybudzaliśmy się do 6. Wstaliśmy po 9, oboje zmęczeni, a ja dodatkowo koszmarnie obolała. Nie mogłam podnieść rąk, w kanalikach porobiły się zatory i musiałam odciągnąć mleko. Popołudnie spędziliśmy na działce z moim bratem i jego żoną i synkiem, więc nie było czasu na płacz, ale ja musiałam znów odciągnąć pokarm, bo już ból był nie do zniesienia. Chłopaki nie spali po południu zajęci zabawą i obaj zasnęli w drodze powrotnej... mój brat wniósł Witusia na górę- ja nie mogłam go nawet do siebie przytulić- położył go na łóżku i biedaczek wyciągnął do mnie ręce i zaczął pokasływać, czyli prosić o pierś... Położyłam się obok niego, głaskałam po głowie i uspokajałam, chociaż musiałam sama ze sobą walczyć, żeby mu jej nie dać lub nie wstać i nie odciągnąć pokarmu, bo mój organizm nie chce współpracować i produkuje jak szalony. Zasnął po 30 minutach, bardzo nieszczęśliwy i zapłakany. Żałuję, że nie dawałam mu butli kiedy był niemowlęciem. Teraz zupełnie nie akceptuje ani jej, ani niekapka, o zawartości nie wspominając. Nie smakuje mu mleko modyfikowane, kaszki też nie chce jeść. Pocieszam się tym, że nie da się zagłodzić i zje, jeśli naprawdę będzie tego potrzebował... Apetyt w ciągu dnia mu dopisuje, lubi nabiał, więc chyba nie odbije się to na jego zdrowiu... Oczywiście szkoda mi tych momentów, tego najpiękniejszego widoku pijącego malca, zapachu, ciepła... ale czuję, że już nadszedł ten czas. Trzymajcie za nas kciuki.
piątek, 27 kwietnia 2012
Oto ja
Dzień przed pójściem do szpitala napisałam do męża list, w którym napisałam, że idę sama, a wrócę już z naszym dzieckiem. Że boję się tych zmian, ale wiem także, że będą to fajne zmiany. Ale wtedy zupełnie nie wiedziałam o czym mówię. Od momentu przyjścia na świat synka moje imię jakby wyparowało. -Niech mama weźmie dziecko tak i tak. -Niech mama zobaczy. -Mama zaraz przyjdzie i nakarmi. Potem było matko-polkowanie. Wstawanie w nocy, utrzymywanie krystalicznej czystości w domu, gotowanie obiadów, wyrzeczenie się własnych potrzeb, bo przecież jest dziecko. Moje ciało nie było już moim ciałem, tylko maszyną, w której kiedyś mieszkało dziecko, a teraz służyło do wykarmienia i pielęgnowania go. Na Gwiazdkę dostałam prezenty przeznaczone dla dziecka. Nie było już mnie, była mama. Każdy telefon to zapytanie o samopoczucie dziecka, nie o mnie. Z kimkolwiek bym nie rozmawiała, rozmowa ciągle schodziła na dziecko, tak, jakby mnie już tam nie było. Czułam się winna czytając książki nie o dzieciach, myśląc o czymś innym, będąc zmęczoną, w ogóle czułam się winna robiąc cokolwiek. Potem był pilates. Zaczęłam wychodzić z domu, chociaż na te 1,5 godziny, rozmawiać z innymi ludźmi, nie tylko o dzieciach. Chyba największym przełomem był mail do Apiz, już nie pamiętam o czym pisałyśmy, po pozdrowieniach podpisałam się "mama." Tak, jak przez ostatnie miesiące się do mnie zwracano, tak, jakby to stało się moim imieniem. I tu znów pojawia się ukłucie winy. Bo przecież chciałam mieć dziecko, kocham je nad życie, więc, o co mi w ogóle chodzi?! Rekonwalescencja po porodzie trwała rok. Dopiero po roku na nowo stałam się żoną, zaczęłam znów szukać siebie, zaczęło mi zależeć na tym jak wyglądam i na sobie jako takiej. Bardzo dużo dał mi powrót do pracy, chociaż na tych kilka godzin, by móc pobyć z innymi ludźmi, dowiedzieć się czegoś nowego, pośmiać się, czy nawet poflirtować. Zaczęłam też akceptować nową siebie. Już nie w rozmiarze 34, tylko 36 czy 38, ale za to z ładną rzeźbą, wyprostowaną i dumną z siebie, bo przecież daję radę. Lepiej lub gorzej. Czasem na obiad są kanapki, czasem w domu trzeba omijać przeszkody na podłodze, a żelazko pokrywa kurz. Taka już jestem. Trochę chaotyczna, trochę leniwa i humorzasta. Jestem mamą, ale też nauczycielką, żoną, siostrą, córką, przyjaciółką, koleżanką z pracy czy sąsiadką. I mam na imię Małgosia.
środa, 25 kwietnia 2012
21 miesięcy
Cały tydzień synek odżywiał się głównie mlekiem, wodą i herbatą. Nie chciał jeść, był marudny i pokazywał swoje różki. W sobotę nastąpiła cudowna przemiana i od tej pory apetyt mu bardzo dopisuje, jest pogodniejszy i pozwala na negocjacje;)
Wituś gada. Oczywiście w większości w swoim języku, ale potrafimy go zrozumieć: -Do butów dołączyły "monie," czyli spodnie. -Pojawiło się "hee" (hej?) w połączeniu z kiwaniem rączką, kiedy macha np. do zakochanej w nim sąsiadki. -Teletubisie to oczywiście "lala" -Woda, nieważne czy jest to ocean, wanna czy kałuża to "myjmyj" -Podobnie, każdy środek transportu to ijoijo. Hulajnoga też. -Nos to "non" lub "nonek" pokazuje także inne części ciała, ale nazywa tylko nos i "(k)oko". -"Kuka" to kula i kółko. -"Pi" to śpi. Kładzie się na łóżko i mówi "pi" i czeka, aż zapytam "Śpisz Witusiu?" i bardzo się cieszy, że udało mu się mnie nabrać. -"Mniammniam" to nadal jedzenie i picie. Kiedy nie jest pewien, czy coś się nadaje do jedzenia pyta "mniammniaaam?" -Nie nadające się do jedzenia przedmioty są zwykle "bee," które łatwo pomylić z owcą, baranem, krową i innymi dużymi zwierzętami. -"Kiku" to siku. Nie oznacza to, że używamy nocnika, o nie, ale jeśli robi siku np. pod prysznicem, lub odprowadza mnie to toalety to bezbłędnie nazywa tę czynność. -"Pupa" to kupa. Informuje nas o niej już kiedy stała się faktem. Pokazuje także na pieluszkę. -"Toje?" oznacza "co to jest?" -"Tuje?" oznacza "czy to ma tu być?"
Z rzeczy ku-pamięci, o których zapomnę, to to, że Wituś tańczy. Do wszystkiego. Do czołówek faktów, seriali, do reklam, do disco polo. Gibie się na boki, czasem kręci w kółko, a czasem potrząsa głową. Brzdąka na małej gitarze swojego taty i śpiewa. Wchodzi sam do wózka, kiedy mówię, że idziemy daleko i bolałyby go nóżki jakby sam poszedł. Przybiega do mnie, kiedy rozłożę ramiona. Wchodzi sam po schodach trzymając się barierki. Najbardziej lubi pić wodę, jeść mięso i nabiał. Nie lubi ketchupu, surówek i kinder czekolady. Lubi bawić się piłkami, pchaczami, grającymi zabawkami, lubi także pokazywanie, opisywanie różnych obrazków i książeczki. Przytula każdego pluszaka, który jest "iś," "mniam" lub "łu," czyli misiem, kotkiem lub psem, chociaż ostatnio dostał pluszowy młotek z ikei i także go przytulał:) Musimy wstawić nową fotkę, bo to już się zrobił chłopiec. Trochę wysmuklał i wystrzelił w górę, chociaż waga to nadal 12,400. Zaraz maj, potem czerwiec, lipiec i Witek skończy 2 lata. A przecież jeszcze wczoraj był w moim brzuchu...
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
WielkaNoc
Pan dziecko był w żłobku w zeszłym miesiącu parę dni, 29 i 30.03 na pewno. W piątek 30.03 Pani pomoc napomknęła o wybuchu epidemii ospy w Łodzi, że jej wnuczek ma, ale nie powiedziała, że ktoś w grupie Witusia jest chory. W zeszłym tygodniu dzwoni koleżanka, by poinformować mnie, że jej córeczkę, z tej samej grupy, właśnie obsypało. Choroba rozwija się ok. 2 tygodni, więc jeszcze czekamy... ale nie bezczynnie! W piątek spędziliśmy super wieczór z tatusiem Witusia, położyliśmy się spać w cudownych nastrojach, by o 4 nad ranem zostać obudzonymi przez wymiotujące dziecko. Przebraliśmy go, zmieniliśmy pościel, by za godzinę cała sytuacja się powtórzyła. Zasnął, obudził się ok. 7, przyssał do piersi, a za chwilę znów wszystko zwrócił. Biedny, cały dzień był nieprzytomny, przysypiający, przytulający i rozgorączkowany do 39 stopni... Wielkanocną niedzielę spędziliśmy z Witusiem w domu sami, mąż najpierw był na śniadaniu u teściowej, a potem na obiedzie u stryja. Wituś nadal miał temperaturę, ale niższą, wracały mu siły, zagonił mnie do odkurzania i nawet sam trochę odkurzał (ciekawa jestem, czy będzie taki pedantyczny w przyszłości). Święta się kończą, wygląda na to, że odeszła i choroba synka. Nie miał dzisiaj gorączki, a za to miał dużo energii na zabawę i psoty. Po południu widzieliśmy się z moim bratem i jego żoną i synkiem, chłopaki jak zwykle bawili się głośno, a my dorośli mieliśmy chwilę oddechu. Skąd to się mogło wziąć? Mąż zgaduje, że to mógł być pomidor; teściowa prognozowała anginę, bo za lekko ubrałam Witka na spacer i był przemarznięty;) a ja tak sobie myślę, że znając Witusia to podjadł trochę piasku z piaskownicy i złapał jakiegoś wirusa. Takie akcje zwykle trwają ułamek sekundy. I znów Święta z chorobą. Kolejne na szczęście dopiero za 8 miesięcy...
czwartek, 29 marca 2012
Prawdziwy mężczyzna vol. 2
Wieczór przed zabiegiem spędziliśmy z mężem na słuchaniu staroci. Potrzebowaliśmy się wyluzować. Dawno się tak nie uśmiałam, okazało się,
że mój mąż jest znawcą Italo Disco, ten sam, który kilka miesięcy uczył
się imion moich braci i do tej pory nie rozróżnia sióstr mojego taty, bez problemu podawał mi nazwiska wykonawców takich jak Romina Power czy Albano! Poszliśmy spać po północy. 5:30- wstaje mąż. 6:30- wstaje żona. piją kawę i ustalają plan działania. 7:15- żona ubiera śpiące dziecko, pacjent budzi się dopiero przy bluzce. 7:30- wyjazd z domu. po drodze mąż narzeka, że posłuchał żony i nie zatankował poprzedniego dnia, korki straszne, szybki wjazd na bp. 8:05- jesteśmy na miejscu. załatwiamy formalności, zakładamy kartę. Przed pokojem 236, do którego jesteśmy skierowani, ciemno od pacjentów. Witek biega jak szalony. Każą mi najpierw oddać skierowanie, nie wejdę jednak bez ochraniaczy, więc czekam aż Kuba z nimi dotrze, w końcu wchodzę, daję, każą czekać na wywołanie. Idę sobie do chłopaków, a potem jeszcze raz pod gabinet obczaić ile to może potrwać... gdy wychodzi Pan i wyczytuje Witka! Wchodzimy, miły Pan nas kieruje na fotel mówiąc, że mamy śliczne dziecko, przychodzi Pani profesor, ogląda i stwierdza, że do usunięcia. Pyta czy usuwamy laserowo czy skalpelem, odpowiadam, że laserem, więc już ktoś inny pyta, czy mamy 275 złotych, a potem wysyła męża do kasy. Pani profesor prosi panią docent o przeprowadzenie zabiegu, a także prosi pana doktora, by odprowadził nas do pokoju laserowego. Wszyscy są mili, spokojni, rzucają tytułami (Instytut Stomatologii oblige). W pokoju laserowym oglądamy sobie lampy i miło rozmawiamy z 3 kolejnymi lekarzami. Po przyjściu Kuby, chłopaki zostali usadowieniu na fotelu, Kuba trzymał Witkowi nogami nogi, ramionami ręce, a pani doktor głowę. Pani docent najpierw znieczulała Witusiowi dziąsło lignokainą, a potem zastrzykami. Było trochę krwi i mnóstwo płaczu, Witek powędrował na chwilę do mnie na pocieszanie, a potem znów w objęcia taty. Przy głowie zmienił panią pan doktor. Cały zabieg trwał minutę- dwie. Mąż po zabiegu powiedział, że czuł zapach spalonego mięsa... Pani docent poinformowała mnie, że pojawi się biała błonka na dziąśle, że to normalne, żaden grzyb, a także, że wędzidełko pod językiem wymaga obserwacji. 8:46- opuszczamy Instytut.
Bardzo się baliśmy, ale naprawdę niepotrzebnie. Zdumiała mnie rzeczowość, uprzejmość i profesjonalizm lekarzy, z czymś takim spotkałam się naprawdę pierwszy raz. A także z takim dystansem- pokój 236 to sala z 5 czy 6 fotelami, na których jednocześnie leczy się różne przypadki, ale nikt tego tam nie przeżywa czy komentuje. Witek bardzo płakał, krzyczał, wrzeszczał, wyrywał się. Myślę, że bardziej się bał i denerwował niż go bolało. Żaden z lekarzy nie komentował jego zachowania. Ten, który trzymał Witka głowę miał minę, jakby właśnie oglądał nudny program telewizyjny. Za to kiedy wychodziliśmy z gabinetu oczy wszystkich pacjentów w pokoju i na korytarzu były zwrócone na Witusia, niezły PR im chłopak zafundował:)
sobota, 24 marca 2012
Y-y-y-y-y!
Mówi się, że rodzice małych dzieci nie mogą się doczekać by te zaczęły chodzić i mówić, a potem marzą tylko o tym, by te usiadły i zamknęły buzie na kłódkę. Jestem jeszcze młodym rodzicem i mimo uciekającego wszędzie i ciągle dziecka, cieszę się, że nie muszę go nosić i naprawdę chciałabym, by powiedział mi, o co mu do diaska chodzi, kiedy wskazuje na półkę na której stoi jakieś 145768 przedmiotów i robi to swoje y-y-y-y-y! Podaję mu po kolei te 145768 przedmiotów i to ciągle nie o to chodzi, a stan irytacji syna i mojej sięga apogeum. Dzisiaj miałam ochotę uciec z domu, bo od rana pastwił się nade mną, ja Wam mówię, on znalazł we mnie jakiś czuły punkt, wydaje jakiś taki dźwięk, który, przysięgam, wyprowadza mnie z równowagi w sekundę! Albo obiad robię, to uwiesi się taki przy nodze i y-y-y-y, bo on też by chciał, a najlepiej to żebym go wzięła na ręce i pozostałym tuzinem rąk wykonywała założone wcześniej zadania. Dzisiaj siedzieliśmy po turecku na podłodze, on podziwiał jak zgrabne ręce mamy ugniatały masę na kotlety, a mama uwijała się jak w ulu, bo wiedziała, że to jego skupienie nie potrwa długo. Kochane dziecko jednak postanowiło dopomóc rodzicielce wrzucając do masy kotletowej a- pustą butelkę po coli, b- piłkę, c- rodzynki wyrzucone chwilę wcześniej na podłogę. Podczas smażenia próbował a- dosięgnąć rączki patelni, b- wyłączyć gaz, c- dosięgnąć do patelni czymkolwiek by w niej pogmerać. Co chwila poganiał mnie swoim 'mniam mniam!' by najeść się potem 2 łyżkami ziemniaków i 3 gryzami mięsa! Ja też nie mogłam zjeść obiadu, bo już trzeba było iść, ciągnął mnie, jak mantrę powtarzał "bu-ty" czy "bu-ti," co oznacza "ciepło na dworze, ruszaj matka swoje 4 litery." Wyruszyliśmy, do najbliższego parku mamy dobre 20 minut szybkim krokiem, w połowie drogi jazda wózkiem się znudziła, oczywiście staliśmy wtedy na czerwonym świetle, a ten się wygiął w łuk i wrzeszczy. Zadzwoniłam się wyżalić do męża, bo kurde ciepłe popołudnie, a ja znowu sama z dzieckiem, a wszędzie rodziny, bez sensu kurde. W parku Wituś biegał, cieszył się, pokazywał dzieci, zabawki, psy i w ogóle nawet ja się lepiej poczułam, bo wiosna, słońce i w ogóle jakoś pozytywniej. Po jakiejś godzinie dołączył mąż i poszliśmy sobie na frytki i na większy plac zabaw. Podeszliśmy posłuchać Cybulla (łódzkiego barda), posłuchaliśmy jednego utworu, drugiego, mnie zrobiło się chłodno i chciałam odejść, ale Witek patrzył w niego jak zahipnotyzowany i płakał i krzyczał, więc wróciliśmy posłuchać jeszcze jednego aż pan Janusz zlitował się i zrobił małą przerwę byśmy mogli odejść i zrzucić na niego winę (no widzisz, Pan już przestał grać!) Na drugim, dużym placu Wituś zjeżdżał na zjeżdżalni i zjeżdżał na zjeżdżali i jeszcze zjeżdżał na zjeżdżalni. Mimo lojalnego ostrzeżenia, że za 10 minut koniec zabawy i to ostatni zjazd, Wituś delikatnie mówiąc niechętnie zasiadł w wózku. Po kolacji i myj-myj padł w 20 minut. A ja z jednej strony cieszę się z tej ciszy, a z drugiej już tęsknie za tym jego tupaniem i uśmiechami i gadaniem. Na szczęście śpimy o godzinę krócej więc mamy nowy, gotowy powód do narzekań!;)
poniedziałek, 19 marca 2012
Update
Nasz Witold Jan oficjalnie przestał być najmłodszym członkiem rodziny. Dzisiaj w nocy kuzynka męża urodziła 54 cm i 3,84 kg Jasia.
poniedziałek, 12 marca 2012
Teoria i praktyka
Jestem największą fanką mojej dentystki. Bardzo lubię do niej chodzić, lubię z nią rozmawiać przez telefon i wtedy, gdy mam w buzi ssak. Fajna z niej jest babka, zawsze się da namówić i wciśnie gdzieś między innych pacjentów. Moja bratowa robiła niedawno rozeznanie na temat "jak nie zniechęcić dziecka do dentysty." Dowiedziała się, że należy najpierw iść jako pacjent i pozwolić dziecku się przyglądać. "Mama zadowolona, nie boi się, to może i ja nie powinienem." Tyle teorii. Co to był za miły poranek! Odbębniłam fajne zajęcia, spotkałam się z moim ulubionym nauczycielem na godzinne pogaduszki, kupiłam dziecięciu farbki do malowania palcami i zadzwoniłam do męża. A właściwie oddzwoniłam, bo dzwonił kilka minut wcześniej. I pytam co u nich i dlaczego są w domu. - A Witek miał mały wypadek- odpowiada mąż. - ???- zapytuje przerażona żona. - Uderzył zębami w ławę i ukruszyła mu się górna jedynka. - i tutaj następują jakieś tłumaczenia, ale już nie słucham, tylko szukam rozwiązania problemu. Mówię, że dowiem się, co robić i oddzwonię. Wchodzę do pierwszej lepszej dentystki przy Piotrkowskiej, a ona mówi, że trzeba dziecko pokazać. Dzwonię więc do ww. mojej ulubienicy. Za piątym razem odebrała. Nakazała przyjechać za 20 minut. I teraz następuje część praktyczna. Witek, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, ledwo wszedł do gabinetu, już chciał wychodzić. Zaczął płakać zanim nawet otworzył paszczę, chociaż i ja i dentystka przemawiałyśmy do niego anielskimi, zachęcającymi głosami. Skończyło się na spacyfikowaniu i oglądaniu dziecka za pomocą siły mięśni. I wtedy przypomniał mi się angielski idiom "the situation went from bad to worse," co w wolnym tłumaczeniu oznacza "jak nie urok, to sraczka." - Nie wiadomo, co z tym zębem. Trzeba obserwować, czy nie zmienia koloru, nie wiadomo, czy nie uszkodził się zalążek stałego zęba. Trzeba obserwować. Ale martwi mnie coś innego. To najbardziej przerośnięte wędzidełko wargi górnej jakie kiedykolwiek widziałam! Trzeba będzie je usunąć. Nie od razu, ale może po Świętach? Wyszliśmy z gabinetu nie płacąc ani złotówki, ale kurde, czułam się jakby mi ktoś walnął szpadlem w łeb. Kiepsko tak. Wróciliśmy do domu, położyłam dziecko i zadzwoniłam do Instytutu Stomatologii, by umówić dziecko na wizytę. Odebrała Pani i po moim bardzo rzeczowym wstępie zapytała: - Ale to co, będziemy przecinać od razu? Odpowiedziałam, że nie wiem, że liczę, że podczas wizyty się okaże, co dalej, a może to wcale nie jest takie przerośnięte i nic nie trzeba z tym robić? - Aha, ale jak będziemy usuwać, to są dwie opcje. Jedna krwawa, bolesna i z szyciem po zabiegu, a druga bez krwi i szybka i niebolesna, czyli laserem. Tylko, że ta pierwsza jest refundowana, a ta druga płatna 275 złotych. To jaką Pani wybiera? Odpowiedziałam, że wybór jest oczywisty, zapytałam, czy zabieg będzie tego samego dnia, co wizyta. - Jeśli laserem to raczej tak, a jeśli nie to raczej nie, ale nie wiem, to zależy od dnia. Nie wiem, może tak, a może nie. Się pani dowie.
Się dowiem 28.03 o 8:00.
|
|